Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Śpij mój aniołku, nad tobą wieszam ci błogosławieństwo, ja wkrótce w proch się rozsypię i pójdę gdzie Bóg przeznaczy, a ten dar mój ubogi, dar ten niewidoczny, pozostanie nad twą głową, anioł stróż trzymać go będzie. Chyba odpędzisz anioła, błogosławieństwo uniesie. Ale nie, dziecino moja, czysta krew w żyłach twoich płynie, niezmięszana krew szlachecka, mężnych rycerzy i niewiast pobożnych, nie ma w niéj żaru zbrodni, namiętności ogniów, ni sadzy gniewu i złości. A mnie Bóg życia przedłuży, ja sama za młodu zegnę jeszcze twe kolano i duszę nagnę pod rozkazy Boga. Śpij dziecino, gołąbeczku, śpij na rękach aniołów stróżów, cicho! cicho!
I głos zamarł, tonąc w serdecznéj modlitwie na ustach staruszki.
„Aż siostrzyczka uśmiechniona, skradła się do kolebki, schyliła nad nią, rączkami objęła, poruszyła dumną siłą, popatrzała w twarz braciszka, pocałowała w powietrzu i przyklękła i śpiewała.
„Śpij kochany mój braciszku, patrz jak wszyscy cię kochają, tulą, pieszczą, słonią, na paluszkach w koło chodzą, muszki nie puszczą do