Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Podróż do miasteczka.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„I w pośród pieśni popłynął z dumaniem daleko, a choć to była pieśń myśli, serce jéj biciem wtórzyło.
„Gdy ucichł, zbliżyła się do kolebki babka staruszka, siwo-włosa i zgarbiona, na któréj ustach oświęconych starością, wykwitał uśmiech niewinny młodzieńczego wesela. W jéj sercu tak już było błogo, jak błogo żeglarzowi co ujrzał w złotych blaskach wieczora, długo oczekiwaną ziemię. Schyliła się nad kołyską ze łzą i uśmiechem, drżącym głosem nucąc dziecinie.
„Aniołek to boży! aniołek! patrzajcie! jak on spokojnie usypia, jak mu się we snach śmieje; rzekłbyś, że widzi proroczo niebo, na które zasłuży. A! długo, długo jeszcze tobie bojować na świecie, nim jak ja dojdziesz do wrót, czekając tylko kolei, by wnijść po sąd i nagrodę, po przebaczenie i spoczynek; ale przeleci życie ptakiem, jak mnie, jak każdemu! Będą w niém godziny wiekuiste i lata błyskawiczne, a wszystko potém u proga, z wysoka wyda ci się jedną chwilą, chwilą marną i znikomą. Gdybyś jak dzisiaj pozostał aniołkiem na zawsze, w białéj chrztu twego sukience, niezwalanéj błotnistą, krwawą życia drogą!!