Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.



Na czas dość długi straciłem go z oczów, bośmy się tylko spotykali na ulicy, kłaniając z daleka; nie miał najmniejszej ochoty zaczepić mnie ani słowem, uśmiechał się — uciekał. Potem dowiedziałem się, że hrabina wyruszyła na wieś. Niekiedy opowiadanie biednego Wojtka przychodziło mi na myśl, bo przedstawiało ciekawy a rzadki fenomen rozdwojenia człowieka w duszy, namiętności pojmującej się, gardzącej sobą i niedającej się niczem zwyciężyć. Chwilami, jak na Capitolu przy posągu gladiatora umierającego rozum zwyciężał, to znowu niepohamowane uczucie... W tej ślepocie bezrozumnej było dla badacza coś, co ją poszanowania godną czyniło — to wiara w lepszego człowieka, w ideał na ziemi, niepokonana, niezwalczona, uparta... rzekłbym niemal heroiczna. Człowiek, kobieta ukazywał mu się w całej swej szkaradzie i nędzy, duch przecie wierzył, iż pod powłoką Joba tego, skryty był anioł białoskrzydły, który z poczwarki uleci... Wojtek wart był lepszego losu: jeźli nie wygrania wielkiego losu na loterji ideałów, to przynajmniej chwili, błysku szczęścia i w niej — zgonu.
Kilka lat upłynęło... Szedłem Krakowskiem przedmieściem, gdy naprzeciw siebie ujrzałem coś, kogoś, postać do Wojtka niepodobną, a przecie mi go przypominającą... Gdyśmy się rozstawali, był to tylko cień człowieka wyżytego, wyschłego, spalonego na wskróś rozgorączkowanego. Nie chciałem wierzyć