Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ją to nie obchodzi, ale gdym na chwilę znikł jej z oczu, widocznie z przestrachem szukała tego widma, które ją ścigało wszędzie.
Nie zbliżałem się do niej więcej, anim szukał rozmowy niepodobnej już między nami, ale milczący, uparty, straszny zmęczeniem i chorobą, jak mściwy upiór Komandora zjawiałem się, gdzie tylko ona się pokazała. Maluczkie obeznanie z życiem miejscowem, nauczyło mię trafnie szukać jej śladów, a tam, gdzie za nią pójść nie mogłem, przynajmniej wchodząc i wychodząc znajdowała mnie u drzwi, na progu, przed wschodami.
W teatrze moja twarz zjawiła się jej pierwsza; na Cascine stałem naprzeciw powozu, a ze zmianą kierunku jej oczów, odmieniałem miejsce; w Uffizi błąkałem się w ślad jej kroków i tak wszędzie. Dla mnie widzenie jej było zarazem rozkoszą i męczarnią, rodzajem nasycenia i zemsty: budziło ono i dawne uczucie przywiązania, i świeżo wylęgłą nienawiść.
Z razu myślała może, iż się znużę, nie wytrwam lub ustąpię: usiłowała mnie przekonać, że na niej żadnego nie czynię wrażenia, ale codzień w końcu widoczniejszym stawał się jej niepokój.
Otaczający ją postrzegli także tę postać dziwną, bladą, straszną, z wlepioną w nią źrenicą, ścigającą wszędzie; mnie wzięli za szaleńca, ale tym ulicznym kochankiem prześladując żartem hrabinę, drażnili ją niewymownie. Musiała ich w końcu jakąś historją na prędce utworzoną zaspokoić.
Byłem więc przedmiotem ciekawości i politowania, uważany za warjata, i choć widocznem mi się zdało, że mnie za obłąkanego mają, mało na tem cierpiałem.
Trwało to nie wiem jak długo, a choć żyłem najoszczędniej, bom pracować nie mógł z razu, a bał się ostatni grosz wyczerpać, postrzegłem, że mi wkrótce żebrać przyjdzie, jeśli o sobie nie pomyślę. Nocą więc znalazłem zajęcie w jakiejś drukarni, i na chleb po-