Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jęczeć tak straszliwie, że hrabina niespokojna zbliżyła się ku mnie, hamując głos, który mógł ją wydać, i dłoń swą położyła na mych rękach. To dotknięcie jej uśmierzyło nagle, nagnetycznie cierpienie: padłem na kamień milczący.
— Lauro, — rzekłem w ekstazie, — powiedz mi, jesteś ty aniołem niepojętym, Boga posłańcem, czy szatanem kusicielem? Jaka w tobie spoczywa siła? Kto cię z nią zesłał na ziemię? Masz ty serce? Masz litość? Masz uczucie, któreby nad sekundę dłużej trwać mogło? Powiedz!
Chwilę milczała i zmienionym odezwała się głosem:
— Ja sama nie wiem kto jestem, dokąd idę, co mnie pędzi: zła czy dobra siła, ku niebiosom, czy przepaści? Są chwile, w których się czuję białą i czystą: są godziny, w których nienawidzę siebie, a nie ma dwóch dni mojego życia do siebie podobnych, dwóch bicia serc jednakowych, dwóch poranków, któreby z jedną w duszy zaszły myślą. Dla czegoż chcesz od kobiety takiej jak ja, czego ci ona dać nie może? Miałeś swoją godzinę, rzuciłam ci jałmużnę szczęścia: czyż mam oddać wszystko? Dla mnie ludzie są jak owoce, których pożądam, póki ich nie skosztowałam: przyłożę usta i rzucam, a z ziemi nie podniosę łupiny.
Słuchałem jej osłupiały.
— Oto masz spowiedź moją, — dodała z uśmiechem pychy jakiejś, — może jedyną, jaką uczyniłam w życiu: niech cię rozczaruje, niech mnie poniży, ale niech uwolni. Idź! uciekaj, gardź mną, ale nie dręcz mnie nieszczęściem swojem. Zapomnę ciebie i występku mojego, gdy mi z oczów zejdziesz! Ty nie masz litości!
— A dlaczegóżbym miał się litować? — przerwałem; — ja sam boleję, a nikt, nawet Bóg nie ma miłosierdzia nademną! Nie! — zawołałem głośniej, — nie zejdę ci z oczu, pójdę za tobą, gdzie pójdziesz, powlokę się jak żebrak, jak nędzarz stanę ci na drodze życia; znajdziesz mnie wszędzie: wśród zaba-