Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Piękna pani.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wy, u łóżka dziecięcia, na balu, w kościele... Gdzie mnie nie będzie, obawa pójdzie za tobą, cień mój stanie ci w oczach!
— Ha! wypowiadasz mi więc wojnę? — spytała.
— Nie! nie! ja proszę jałmużny!
— Jak żebracy Gil-Blasa, z szturmakiem nabitym u pasa! — odparła szydersko, — lecz wiedz, żem nigdy nie ulękła się w życiu: wyzwana potrafię mścić się i obronić, pamiętaj! Znasz mnie: jeźli raz ujrzę cię jeszcze, możesz być pewien, że więcej mnie nie zobaczysz. Na warjatów są szpitale...
Odstąpiła kilka kroków, ale widać było że drżała i wielka jej odwaga była raczej nadrobioną niż prawdziwą. W milczeniu staliśmy chwilę.
Zniecierpliwiona Laura darła koniec batystowej chustki.
— Mówmy chłodniej, — odezwała się łagodząc głos i znowu przybliżając się nieco, — czego pan żądasz odemnie?
— Byś mi pani widzieć się nie broniła.
Ruszyła ramionami.
— To niedorzeczność, — rzekła, — to niewola, to nieznośne; ale ja widzieć pana nie chcę!
— Pani! ja cię widzieć muszę, lub umrę.
— Więc umrzej, — odpowiedziała chłodno. — Ten człowiek doprawdy oszalał.
Spostrzegłszy, że się oddala powoli, że może na wieki ją tracę, skoczyłem oszalały i dognałem idącą zwolna, porywając za rękę ze wściekłością prawie.
— Tak! — zawołałem, — umrę, umrę, ale ciebie zabiję także, któraś mi odebrała najświętsze, najczystsze uczucia, aby je rzucić splugawiwszy; ciebie, coś mi wydarła wiarę w kobiety, w miłość, w serce ludzkie, w miłosierdzie, w człowieka i Boga!
Przestraszona hrabina usiłowała mi się wyrwać, ale namiętny uścisk, dłoń jej żelaznem opasał kołem; gdy głos jej zmieniony, przypominający mi dawne chwile, odezwał się słodko:
— Albercie, toż to jest miłość twoja?