Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 76 —

— A ja ją rozumiem tak dobrze — szybko dorzucił Wenecjanin, — że jeśli mi się kolo niej plątać będzieciecie...
— To co? — spytał Konrad.
— Domyślcie się.
— Nie chcę się domyślać niczego, coby waszej czci uwłaczało. Sądzę, że mnie wyzwiecie na rękę... no! to się bić będziemy.
— Jak? na szable? na rapiry? na szpady? na pistolety? — zapytał, szydząc, Włoch.
— Jak zechcecie.
— A! nauczcież się wcześnie bić na noże, bo ja inaczej nie umiem, i walczyć nie będę. Signore Corradino! tak! my się nie bijemy inaczej. Ręka owija się płaszczem, w drugą bierze się nóż, i...
To mówiąc, z zapasa dobył żelazo, i przed oczyma Konrada błysnęła klinga krótkiego, ostrego sztyletu. Nie myśląc i nie zastanawiając się, Polak już miał w mgnieniu oka dłoń na szabli; sama mu ona wyskoczyła z pochwy i świsnęła ku górze.
— Stój! gorączko! — rzekł, nóż chowając Sabrone — to była tylko lekcja »coltellaty. Schowaj szablę do pochwy, aby cię zbiry nie ujęły. Bić się dziś jeszcze nie będziemy, ale pamiętaj!... do zobaczenia!
To mówiąc, oddalił się tak szybko niknąc w galerji pałacu Dożów, od którego stali niedaleko, że gdy schowawszy żelazo do pochew Konrad się obejrzał, był już sam jeden, a wiatr od morza chłodnawy rozpłomienioną twarz mu głaskał, jakby go chciał za niegrzeczność tego napastnika przeprosić.
Drżąc jeszcze podwójnem wrażeniem, rozmowy z Cazitą i signorem Sabronem, Konrad powoli skierował się ku Rivie i swej gospodzie.
Wrota jej, niezbyt oddalone, pełne jakoś były ludzi... pochodni, zgiełku.. Widocznie niezwyczajnego coś się tam trafić musiało. Konrad sądził, że signor Zanaro przyjmował pewnie najmniej jakiegoś udzielnego księcia.
Ludzie biegali żwawo, głosy się rozlegały, pospiech jakiś i niepokój był widoczny. Trochę przytomniejszy, byłby Konrad poznał, że tu nie chodziło o przyjęcie niczyje, ale widocznie o przygodę nieszczęśliwą, bo z pośród zgiełku słychać było wyrzekania i przekleństwa, jęki i szlochy, krzyk gospodarza, płacz gospodyni, głośne łajania i swary...
— Cóż to się tam takiego stać mogło? — spiesząc pytał sam siebie Konrad.
Gdy się o kilka kroków do gospody zbliżył, mógł już rozeznać w pośrodku tłumu złożonego z całej niemal ludności domu, zwiększonej parkanem przechodniów od ulicy, kawalera Gerardego z najokropniejszym gniewem wybuchającego przeciwko