Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 137 —

I znowu pochylił się na poduszki.
— Zrozumiałeś? — spytał.
Maciek płaczem tylko odpowiedział.
— Co tu łzy pomogą! — wyszeptał chory. Nie masz czego jeszcze płakać... to babska rzecz... wstydź się...
A po chwili znowu spytał:
— Która godzina? co tam u nas robią? czemu oni nie wracają? Wszak na dworze pogoda?
— Pogoda, panie.
— Świeci księżyc?
— Jeszcze nie wszedł.
— Tu nie taki kieżyc, jak u nas...
— Tak! u nas piękniejszy, potwierdził Maciek.
I było potem milczenie... Chłopiec przysłuchiwał się ciężkiemu oddechowi pana, który się zdał usypiać powoli; ale oddech ten coraz cichł, ustawał, i zupełnie go w końcu słychać już nie było...
Bo nie było już i duszy Konrada na tym świecie.