Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Półdjablę weneckie.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
— 136 —

— Zegar idzie?
— O! ten to się nie zająknie pewnie!
— Która godzina?... — począł Konrad.
— Ciemno dobrze... ino nie wiem — dodał chłopak czegoś przelękły — czemu oni nie powracają?
— Mów o Robninie — poprawił go Konrad.
— Może świecę zapalić?
— Tak dobrze... słabym głosem zawołał Konrad — przed N. Panną; zmówimy konfederacką litanię... Ale spojrz-no: czy nie wracają? Albo nie, mów o Robninie.
Chłopak skrzesał ognia i zapalił świecę. Dziwnie mu się bladą wydała twarz pana; dziwne, straszne uczuł po sobie dreszcze i trwogę w duszy. Nastawił ucha; myślał, że posłyszy plusk przybijającej do brzegu gondoli, — ale, do kata, cicho było, jak w grobie.
Konrad zdawał się drzemać.
Na palcach chodził Maciek koło niego.
Podniosły się powieki ciężko.
— Maćku — rzekł — co tam w domu?
— Śpią, panie.
Chłopak przysunął się do łóżka. Konrad chudą, kościstą rękę dobył z pod okrycia, poszukał w koło i podał mu woreczek.
— To dla ciebie — rzekł — abyś miał o czem powrócić da domu.
— A! mój panie drogi! przecięż my razem pojedziemy.
Chory tylko głową potrząsnął.
— Weź! — rzekł — i daj mi rękę... tak... dziękuję ci... niech Bóg szczęści i błogosławi.
Maciek, coraz niespokojniejszy, szlochać począł, ukląkł przy nim.
— Co ty się tam trwożysz! — począł Konrad — niema czego. Jam zdrów! mnie już dobrze... tylko mi się bardzo, bardzo... spać chce. Siadaj przy mnie, zaśpiewaj co naszego... po cichu... ja się zdrzemię.
Maćkowi nie na śpiew się zbierało, oczy ocierał i modlił się. Konrad zdawał się usypiać. Nagle pochwycił się, spojrzał na chłopca, siadł i począł mówić słabym, ale prędkim głosem:
— Słuchaj: co tam się stanie ze mną, w woli bożej. Jeśli byś został sam, nie mieszkaj tu dłużej, jedź do domu, do chaty. Powietrze tu niezdrowe, ludzie inni, serca dobre, ale inne, o! nie nasze... Myśmy nie stworzeni do ich życia, ani oni, żeby nas zrozumieć mogli. Tam lepiej, nawet z samotnością i nędzą... Porzuć swego starego, albo go weźmij z sobą... wracaj... mówię ci... bo nie wyżyjesz...