Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/95

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W istocie pan Eustachy Słomiński zdziwionym był, gdy go Paschalski obcesowo dosyć zaczepił, ale miał zimną krew, która go nigdy nie opuszczała.
— Pan dobrodziej pozwoli — począł pan Izydor łapiąc Słomińskiego — na chwilę rozmowy... w interesie bardzo ważnym...
— W interesie? z wyszukaną grzecznością — odparł piękny pan — a i bardzo chętnie — służę mu — ale —
— Zdaje mi się, że zwolna idąc ulicą, najwygodniej nam mówić będzie — począł Paschalski — wszędzie indziej możemy mieć niepotrzebnych słuchaczów. — Tu naprzykład, na tym spokojnym ryneczku...
Pan Eustachy uśmiechał się, ale oczyma badał ciekawie napastnika...
— Znam pzywiązanie pańskie do czcigodnego brata jego — rozpoczął Paschalski — jestem pewien, że nie co innego, tylko interesowanie się nim sprowadziło tu pana, dlatego — chciałem poufnie z nim mówić. Brat pański, człowiek najczcigodniejszy, ale słaby, jest tu otoczony prawdziwą siecią intryg dokoła.
— A! a! — wyjąknął Eustachy — siecią intryg? proszę... Racz że mnie objaśnić?
— Siedział przy panu hrabia Panter — ciągnął dalej pan Izydor — to pierwszy czynny członek tej kliki — niedaleko miałeś pan Rżewskiego, który tu z bratem pańskim przybył, w jednym wagonie z nim odbył całą drogę, umiał się zainsynuować, wkręcić i może pannie podobać...
— Ten młody? — zapytał niby obojętnie Słomiński — ten młody...
— Młody sam toby jeszcze nic nie było, — dokończył żywo Paschalski — ale zjawił się widzę i stryj, kuty, wyga stary, człek niebezpieczny...