Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Zaklinam pana, zawołała — na cienie wspólnych wam z ojcem moim rodziców — zaklinam, nie prześladuj nas. Przysięgnę na tajemnicę najgłębszą — oddam co tylko stryj chcesz... ale oszczędź mi ojca! oszczędź ojca!
— A! to w istocie oszaleć można! krzyknął pan Eustachy — cóż ja temu ojcu zrobiłem? co ja mu robię? Zaprosiłem go z dobrego serca na wieczór do siebie... cóż to kryminał??
I począł się śmiać z wyrazem jakimś okropnym, panna Aniela klęcząc ciągle płakała.
Oboje tak zajęci byli rozmową tą, że ani spostrzegli, jak od minut kilku, przebojem wszedłszy pan August stał milczący w progu i słuchał. Gdy się nareszcie ruszył i pan Eustachy przerażony postrzegł idącego ku sobie, stracił do reszty chłodną krew i przytomność. Poskoczył ku niemu jakby mu chciał zaprzeć drogę.
— Za pozwoleniem — odezwał się Rżewski — jestem tu już prawie od początku tej sceny dramatycznej, panie Eustachy, i przyszedłem też aby jej koniec położyć.
Rozmówmy się my lepiej, ze sobą otwarcie, chłodno... i przyzwoicie. Panna Aniela nadto jest poruszoną. O co tu idzie, mój panie Eustachy?
— Jeżeliś słuchał rozmowy, nieproszony świadku i opiekunie uciśnionej niewinności — zawołał gniewnie p. Eustachy — to wiesz, że idzie o to, iż mnie posądzają... że chciałem brata zamknąć, aby mu wydrzeć majątek. Ja o niczem nie wiem! ja o żadnem obłąkaniu nie słyszałem.
Ruszył ramionami, pan August dziwnie twarz wykrzywił.
— Mój panie Eustachy, rzekł, nadzwyczaj mi przykro — ale w tem jest jakieś nieporozumienie.
Jakże możesz mówić, że o niczem nie wiesz, kiedy przed niespełna godziną umawiałeś się z Doktorem