Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chcesz kazać zamknąć mojego ojca, a majątek nasz owładnąć — ja wiem to... i przychodzę ci oświadczyć, że ratując ojca, dziś jeszcze pierwszemu kto mi się nastręczy, oddam rękę moją, aby mieć w nim opiekuna — i ojca obronić!!
Jednym tchem wypowiedziała to panna Aniela, zakryła sobie oczy i zaniosła się od płaczu...
Pan Eustachy zbladł... oczy mu się zaiskrzyły... nie mógł mówić — ręką powiódł po czole...
— Nie rozumiem co to wszystko znaczy — moja panno Anielo — rzekł wreszcie, ale mógłbym w tej chwili przypuścić że nie ojciec ale ty sama nie jesteś przy zdrowych zmysłach...
Głos mu drżał gdy to mówił. Nastąpiło milczenie...
— Czem mam okupić zdrowie i spokój ojca mojego — zawołała panna Aniela — żadna ofiara nie będzie dla mnie za wielką — proszę mówić. O co stryjowi idzie? o majątek... oddam go w jakich zechcesz warunkach... Na to nie trzeba ani więzić ojca mojego — ani go dręczyć...
W ten sposób postawiwszy zadanie, panna Aniela napróżno oczekiwała odpowiedzi, naga nie osłoniona niczem prawda, była najstraszniejszym policzkiem, jaki mógł pan Eustachy otrzymać... Ustąpił kilka kroków.
— Nie mamy z sobą więcej nic do czynienia i do mówienia, rzekł posępnie. — Z jej ust mam poświadczenie uczuć braterskich i familii dla mnie. Jestem osądzony jako zbójca, który z nieszczęścia chce korzystać... Mężczyźnie odpowiedziałbym inaczej na tę zniewagę, kobiecie odpowiadam milczeniem i wzgardą. Od tej chwili między mną a wami niema nic wspólnego... wypowiedzieliście mnie wojnę, będziecie ją mieli...
Wyrazy te przeraziły zapłakaną Anielę, padła przed stryjem na kolana z załamanemi rękami.