Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad modrym Dunajem.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Oba intryganci odprawieni zostali zupełnie, ale hr. Panter miał przynajmniej pociechę w tej wdówce, której codzień był bliżej. Wprawdzie raz zastał u niej, o szarej godzinie, bardzo młodziutkiego kuzyna, z którym siedziała na kozetce, nawet bez opieki głuchej panny, i to go trochę poruszyło, lecz powróciwszy do domu, wyłożył sobie nader przekonywającym sposobem, że wszystko, co mówią o młodych kuzynach pięknych pań, jest przestarzałym przesądem... i że na podobne uboczne okoliczności, nigdy, chcący się ożenić dobrze, zważać nie powinien. Baronowa też sama opowiedziała mu tegoż wieczora historyę kuzyna, która go zupełnie w innem świetle przedstawiała, niż się wydał o szarej godzinie siedząc na kozetce z ręką za poręcz założoną, w sposób jakiś niewytłómaczony.
Hrabia miał najmocniejsze postanowienie dobicia targu.
Paschalski stokroć w smutniejszem był położeniu, i czekał tylko na coś wyraźniejszego ze strony pana Eustachego, aby się postawić przeciwko niemu i rozpocząć wojnę mściwą.
Codzień spotykali się z Panterem w Stadt-Frankfurt przy obiedzie, jeden drugiego szyderskiemi mierzył oczyma, kłaniali się sobie z ironicznem uszanowaniem, zjadali wzrokiem jadowitym... i rozchodzili krwi wzajem napsuwszy.
Jednego z ostatnich dni, Paschalski na wychodnem złapał swojego współzawodnika u drzwi.
— A cóż? jak że się tam szanownemu hrabiemu w Wiedniu powodzi?
— Wyśmienicie, a szanownemu baronowi? — odparł równie złośliwie hrabia.
— Doskonale.
— Tak, i widać to nawet z jego twarzy... Kochany Baron, żebyś nie dostał czasem żółtaczki, tu one słyszę panują. Są w powietrzu, a wyglądasz mi już coś