Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/276

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    dziewczątko i ogromnego psa czarnego, który zdawał się jego stróżem.
    Pewnego letniego wieczora, pocztowy powozik z szosy zwrócił się ku temu domowi i przystanął u murowanej bramy, która się jakby czarodziejskim rozkazem sama przed nim otwarła.
    W ganku pod markizą pokazał się mężczyzna nie stary jeszcze, który w jednym ręku trzymając otwartą książkę, drugą z dala żywo witał przybywającego. — Obok niego bijąc w dłonie stała dziewczynka śliczna, złotowłosa, rumiana, ciesząc się także widocznie z miłego gościa.
    W powieściach takich zawsze łatwo domyśleć się wszystkiego, że ledwie autor śmie czytelnikom tłumaczyć, iż pod tą werandą stał pan Kajetan Wolski z Liską, a na pocztowej bryczce przybył czcigodny garbus, Wojtuś, stary jego przyjaciel. Gdy powozik stanął a gość wyskoczył jakoś raźno, udając młodego, a potem schylił się naprzód dla powitania dziecka, które ku niemu napastliwie wyciągało rączki i podniósł wreszcie oczy ku gospodarzowi, — Kajetan śmiejąc się zawołał:
    — Jakże mi ty zawsze świeżo, młodo i ładnie wyglądasz! — jak elegancko! jak gdybyś w konkury jechał albo od bohdanki powracał?