Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/240

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    — Nie — rzekł — nie — ja nigdy nie pochwalałem tego z nim postępowania... Tego sobie do wyrzucenia nie mam, abym się przyłożył do zrywania z nim, zawsze byłem za zgodą... ale z wami, babami tak zawsze.
    Osłupieli wszyscy, nikt jednak nie ośmielił się zaprzeczać.
    — To nie był tak zły człowiek... ja zawsze mówiłem; jedyna jego wada, że Polak i miał naturę tę słowiańską — gnuśną — nieznośną, ale serce dobre... serce przedziwne i charakter szlachetny... Wiele on razy mógł mnie udrzeć a nie udarł.
    Wśród powszzechnego milczenia radca zamyślony po pokoju się przechadzał.
    Owo pół miliona nakazywało zwrot konieczny, bądź co bądź... Należało się przejednać. Prawda ta stawała z niemiecką oczywistością swą w oczach wszystkim. — Wobec tego pół miliona nikły wszelkie inne względy. Radca już myślał tylko, jaki temu obrót nadać należało. Pastor mógł służyć za narzędzie przygotowawcze, Cylius... wreszcie Helma... niepodobieństwem było, ażeby ona nie zachowała władzy swej nad mężem... a Fryc i Emil... dzieci... Radca nie tracił nadziei, że pojednanie musi nastąpić i że on je doprowadzi do skutku. Rachował już, jakie połączenie