Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Nad Spreą.djvu/111

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    stwo a nie wynarodowienie i sprzeniewierzenie się obowiązkom.
    Lecz któż mógł odgadnąć, co się stanie?
    — Zobaczymy, rzekł w duchu — zawsze mi jednak żal biednego Kaja... czuję, że przepadnie...
    Utinam sim falsus vates!
    Szwagra znalazłszy w mieście i dosyć nieprzyjemnie go zdziwiwszy przytomnością swoją, która była admonicyą o procent zaległy, spędził z nim dzień garbus, usiłując mu dowieść, że nie ma o czem do Berlina powracać. Ułożyły się interesa przy obiedzie, dzierżawca westchnął nad nieszczęśliwym składem okoliczności, który mu kochanego braciszka tak niespodzianie nastręczył, wypili razem butelkę wina, uściskali się serdecznie i rozstali. Wojtuś pobiegł na Chwaliszewo do wdowy.
    Na dole zastał znowu pana Zarwańskiego z okularami na samym już końcu nosa... Zdawał się nań oczekiwać i pochwycił.
    — Co tam takiego u Rejentowej na górze — zawołał, zastępując mu drogę — nie mogę się dowiedzieć... posyłali po cyrulika, żeby krew jej puścił... Od rana jak we młynie, a ja jak w rogu... Możeż to być, żebym ja nie wiedział, co się z moją loka-