Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zgadzał się z dniem tak burzliwym, aby nawet przeczucie nie zwiastowało, że po niem ma nastąpić całe pasmo boleści nie rozwikłanych?
Wszyscy słuchali z natężoną uwagą, hrabia pargaminowy drżał widocznie, zwrócony ku niej i jakby przelękły, szukał jej wzroku i nie mógł spotkać oczów, które błądziły gdzieś w innej stronie, niekiedy jakby usiłując zwrócić na siebie jej wejrzenie, poruszał się żywiej, ręka jego trzymała i ściskała nóż, którym bawić się zdawał czy grozić, ale hrabina z widocznem postanowieniem unikała go, nie spoglądając w tę stronę zkąd ją szmer jego poruszeń i szybki oddech dochodził.
Noc tym czasem miała się ku końcowi, świece dopalały się na stołach, a dzień szary zaczynał przez szyby zaglądać, światło jego walczyło z ostatkami blasku księżycowego.
— Prawdziwie nielitościwi jesteśmy, — przerwał nagle z suchym śmiechem pargaminowy człowiek, — godzisz się tak nieszczęśliwą kobietę jak ta Pani, trzymać na czuwaniu do dnia, aby ją zmusić do spowiedzi o świcie, i dla dogodzenia prostej ciekawości turystów nie dać jej spoczynku, którego każda chwila jest tak drogą?
— Ale na Boga, gorąco zwracając się ku niemu zawołał Vice-hrabia de la Meillerrie, to święty dług, który nam zapłacić należy! Pani to uczyni z ochotą dobrowolnie, nie przerywaj że pan.
Hrabina umilkła.
— Nie radzę mówić, dodał hrabia, nie radzę, nie życzę, protestuję, potrzeba spoczynku, ja także ledwie już siedzę, wdzięczni jesteśmy tym, z którymi tak