Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/75

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niem jej, którego wartość czuła, podjęła się mojego gospodarstwa... Sama mi zaproponowała potem abym z niej modelował jeszcze... zrobiłem w rok Hebę prześliczną... ale niestety! tyle jest Heb prześlicznych! moja będąc piękną jak mój wzór, niezwróciła uwagi, była pospolitą...
Nie była nią wcale Gretchen, inny artysta stworzyłby z niej może typ nowy zachwycający, mnie, przyznaję się ręka drżała. Serce przywiązało się do tej biednej, opuszczonej sierotki... do tego smutnego dziewczęcia a zaczynałem się ze wszech miar obawiać o nią... naprzód, żeby nie wpadła w chorobę piersiową do której zdawała się mieć skłonność, powtóre by w tej chwili niebezpiecznej tęsknicy dziewiczej nie pokochała, nie dała się obałamucić lada melancholicznej piosnce jakiego bursza jasnowłosego... ale gdym ją oto badał, uśmiechnęła się z pogardą.
— Pamiętasz mówiła mi... gdyśmy się po raz pierwszy spotkali z sobą, jak pies i ja warczałam na ciebie... odtąd bracie miły, nie zmieniła się ani zmniejszyła moja obawa ludzi i niedowiarstwo... bądź spokojny...
Dziwny był nasz stosunek z sobą, przywiązałem się do niej gorąco ale chyba po bratersku, szanowałem ją jak powierzone mi dziecię, a strzegłem zazdrośnie. Widziałem, że była mi wdzięczną, ale nieokazywała mi nigdy czulszego uczucia, była zemną tak chłodną, tak spokojną, tak uśmiechniętą, że wcaleśmy nie byli podobni do dwojga kochanków, choć nas o to posądzano.
Gretchen, gdy ją te wieści dochodziły, marszczyła brwi i ruszała ramionami jakby obrażona. Zachwyceni coraz żywiej rozwijającą się jej pięknością, rze-