Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/74

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Zadziwiająco czuła instynktowo sztukę... rozeznawała piękne od miernego, olbrzymie od przesadzonego, odgadywała myśl utworów i wyrażała ją po prostu, dziko ale nadzwyczaj trafnie...
Zdawało mi się, że zbogacić ten umysł było koniecznym obowiązkiem... namówiłem ją, żeby zaczęła chodzić do szkoły i zapłaciłem za nią...
Gretchen stała się moją wychowanicą, w rok poznać jej nie było można... niestety! dojrzewała jak te owoce, które przed latem opaść mają z gałęzi...
Moja Ewa odlana z gipsu, na wystawie zyskała wielki medal złoty, mogę się do tego przyznać bez chluby, żem istotnie utworzył typ świeży i piękny... alem go był winien tej dzikiej pastuszce... Nie zepsułem wzoru zbytecznie go starając się wywdzięczyć, wyokrąglić, wycackać, zostawiłem tam trochę jego surowości pastuszej i to właśnie posążkowi nadało charakter co go odznaczał, był to ideał wszczepiony na płonce rzeczywistości.
Gretchen przychodziła teraz bez obawy jak dobra siostra do brata i nazywała mnie bratem, umysł jej, zarówno i ciało szybko, zbyt szybko się rozwijały... W pół roku nieco lepszego bytu, przy pracy innej lżejszej, harmonia sił inaczej się w niej układać zaczęła... wyrosła i stała się dziewczęciem, straciła wiele pierwszego wdzięku ale nabyła nowego... Potem nagle oczy jej wpadły, oddech się stał ciężki, rumieńce wyskoczyły na twarzyczkę... smutek ją ogarnął, prawie zniechęcenie do życia... Napróżno starałem się tę rozkołysaną duszyczkę i serce ukoić, zażegnać w niej burzę... Gretchen uśmiechała mi się... ale nie było z nią dobrze... Wywdzięczając mi się za braterskie zajęcie wychowa-