Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/64

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


To znaczyło, nic wam nie powiem... Garbus się skłonił i szepnął:
— Chwała Bogu, obawiałem się spowiedzi tej... byłaby to kropla essencji w wiadrze wody... wolę szklankę wody czystej.
Obejrzawszy się do koła, młody dziedzic imienia Priców chciał się widać jak najprędzej zbyć wcale nieprzyjemnego popisu z wrażeniami jeszcze niedożytej młodości, i rzekł dosyć cicho:
— Prawdziwie byłoby śmiesznie, gdybym opowiadać chciał państwu życie, które zaczynam dopiero; są w niem zaledwie zarody przyszłości, nic skończonego, a wiadomo artystom i miłośnikom sztuki, że dzieło nie powinno być sądzone dopóki mistrz doń ostatniej nie przyłoży ręki... tym mistrzem jest czas... za lat trzydzieści, zapraszam panów do Pizy, do tego samego hotelu na rocznicę dnia tego... będę szczerszym i więcej spodziewam się mieć do powiedzenia...
Panna Marja, która stała przy bracie odezwała się co duchu:
— Jestem zdania preopinanta... i milczę.
Panna Julja Joly chciała się wysunąć, ale ją gwałtem wstrzymano prawie.
Była to osoba z powołania przywykła do niezmiernej przyzwoitości, i spowiedź dla niej była d’un gout mediocre, rzeczą przerażającą, niemożliwą, okropną. Ale wszyscy dla zabawy, począwszy od Sir Price zaczęli mocno nalegać na nią, aż w końcu biedne dziewczę dostało mocnych kolorów i postradało cierpliwość.
— Panowie, odezwała się Szwajcarka z pewną dumą, która ją uczyniła poważną, jeżeli wyobrażacie so-