Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/206

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


starając utrzymać zawsze w jak najmniejszem oddaleniu od hrabinej. Ale usiłowania jego zrozumiane, odgadnięte przez troskliwych obrońców, były nadaremne, zawsze jednego z nich znajdował na drodze i uparcie mu zapierającego przejście.
Przez morze lawy przeszli wszyscy w milczeniu, nie zrobiło ono już na nich takiego wrażenia jak wczoraj, i w dolinie między Sommą a Wezuwjuszem zatrzymano się krótką chwilę, rozpoczęło się zaraz drapanie przez żużle i popioły. Przodem przed podróżnymi szedł ów neapolitański poranny wędrownik i wyścignął ich zręcznie.
Tym razem wszystkie prawie krzesła były użyte, nawet niektórzy z mężczyzn zrzucając z siebie fałszywy wstyd, pozwolili się nieść barczystym Włochom. Francuz garbaty, oba Anglicy stary i młody, pojechali na ramionach Neapolitańczyków, hrabia namyślał się nieco, ale po chwili postanowił iść pieszo, i zbliżył się do krzesła Adeli. Przewidując zapewne ten wypadek, artyści otoczyli go tak, że w ich dosyć mu przykrem towarzystwie drapać się musiał, to go może skłoniło od pół drogi wziąć pozostałe krzesełko.
Na wschodzie coraz już było jaskrawiej, ale zaraz jakoś nie tak jak wprzódy. Gdy wszyscy dobili się do wierzchołka spotkał ich tu wcale niespodziewany zawód. Ranek na pół góry obiecywał się jasny i piękny, wschód jeszcze był czysty, ale nim weszli na Wezuwjusz mgła jakaś wcale niespodziana oblekła niebo, wiatr się zmienił, dym z krateru niósł właśnie w tę stronę, na którą przyszli podróżni. Powietrze to, siarczystemi wyziewami przejęte, ciężkiem było do oddychania, na kilka kroków naprzód trudno