Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/203

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dały go, ten nie może powiedzieć, by wszystko co najpiękniejsze i najciekawsze oglądał; pojmuję żeście pomęczeni, ale myśmy spali, zaniesiemy was w krzesłach i nie weźmiemy drogo, zgodzimy się bardzo przystępnie, buona mancia do woli. — Mówię to dla was, nie godzi się opuszczać tak wspaniałego widoku.
Anglik zatarł ręce i uśmiechnął się z rozkoszą.
— Myśl, nie można zaprzeczyć, rzekł, myśl wyborna, idzie tylko o to, czy wykonaniu jej podołamy.
— Myśl cudowna! uchwycił wice-hrabia garbaty — ale po tej nocy bezsennej pieszo ani na pasku nikt z nas drugi raz nie potrafi wdrapać się na wierzchołek, choćby z niego miał ujrzeć ziemię obiecaną swych marzeń.
— A krzesła od czego? a my i nasze ramiona? spytał Włoch, tem lepiej, byleście zapłacili.
Szeptano naradzając się w koło, widocznie pokusa była wielka, choć i obawa nie mała.
Spauer zbliżył się do hrabiego Żywskiego, który stał pogrążony.
— A pan? zapytał go.
— O! ja... ja się powlokę! pójdę, pójdę! odparł żywo hrabia.
— Co do mnie, żywo ozwała się hrabina Adela, tak się czuję znużoną, iż albo tu na państwa poczekam, lub wrócę do Neapolu.
Żywski, którego te wyrazy uderzyły, odwrócił się i podał zaraz:
— Czy mówiłem że pójdę? tak? zobaczę, wszak przymusu nie ma? juści my wolni i każdy sobą rozporządza jak zechce.
Hrabia i hrabina zmierzyli się oczyma, widocz-