Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


łem mojego siedzenia na skale, było mi bardzo miło patrzeć na tę pracowitą istotę, tak przy swem ubóstwie po młodemu wesołą i spokojną. Czwartego czy piątego dnia gdym znowu z książką siedział, dziewcze samo przyszło do mnie, stanęło trochę opodal i skinąwszy mi głową, zapytało: „jak się masz dobry panie, co ty tu robisz? powiedz mi czy wyglądasz statku? czy ci kto w świat odpłynął? wszakże jak my nie jesteś rybakiem?
— Nie, odezwałem się, ale lubię morze, lubię patrzeć na nie i słuchać go, a tu mi bardzo miło.
— Ale dla czegoż, spytała, przez tyle godzin dnia nie robicie nic?... któż dla was i za was pracuje? wszak człowiek musi na chleb sobie zarabiać?
— Ja się uczę, rzekłem, pracuję myślą, abym nią później i rękami na życie sobie zarobił.
— Umiecie czytać i — westchnęła, i możecie czytać, co to wy tam pięknych rzeczy w książkach znajdziecie! Ja także nauczyłam się czytać, ale niemam tylko jedną książkę pobożną, a czasu tak mało. Matka mi zmarła, bracia po świecie, ostatni co był przy nas został — łzy zakręciły się jej w oczach... rok temu w burzę, nie wrócił — ja sama z ojcem, a ojciec stary i coraz mniej silny.
Szepcąc tak głos jej coraz był cichszy, dwie łzy potoczyły się po twarzy, i siadła trochę dalej, biorąc się do porwanych sieci. Rozmowa tego dnia nie poszła prawie dalej, aleśmy byli znajomi. Nazajutrz już jak starzy powitaliśmy się przyjaciele.
Dziewczę było dziwnie proste, ufne i przywiązujące się, dusza jasna patrzała przez jej oczy niebieskie, mimowolnie poczułem ku niej naprzód jakąś litość, po-