Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


tem niewysłowione współczucie. Ona poznała mnie ze starym ojcem, który mimo ubóstwa, opuszczenia i wieku był wcale niepospolitym człowiekiem. — Trudy, niebezpieczeństwa, obcowanie z morzem, walka z żywiołami, potrzeba czuwania, rozwinęły go dziwnie, ale to był jakby zabytek dawnych wieków, w których instynkta zastępowały naukę i wiedzę. Znał on mnóstwo rzeczy, miał wiadomości tradycyjne, do których ludzie po raz drugi drogą nauki przyszli, nie tłumaczył ich, ale dla niego stały one w związku z pierwotnemi ludu naszego podaniami poubieranemi poetycznie, były skarbem i spuścizną po plemionach prastarych. Przez niego obeznałem się bliżej z pieśniami Skandynawji, z jej dziejami przechowanemi w formach cudownie pięknych.
Stary miał niegdyś trzech synów i tę córkę, jeden, najmłodszy, który był przy nim pozostał, zatonął podczas burzy, dwóch oczekiwał z dalekich wypraw z powrotem, oba popłynęli na okręcie, który na połów wielorybów wyruszył i nie powracał, nie wiedział naówczas, że i tych pochłonęło morze. Sam jeden z córką ciężko zarabiał na chleb powszedni. Poprzyjaźniłem się z nimi, oni i ja nie miałem nikogo bliższego, Herta wydawała mi się siostrą z nieba zesłaną.
W lecie poszedłem do rodziców na parę miesięcy odpoczynku, ale ta przerwa w stosunkach moich z rybakiem nie zatarła mi w pamięci ubogiej chatki i chwil w niej spędzonych z prostymi ludźmi poczciwych serc. Wróciwszy nazad pobiegłem na brzeg morza do znanego mi domku, zastukałem do drzwi, nikt mi nie otworzył, szukałem Herty na wybrzeżu i nie znalazłem jej. Błąkając się między skałami, spotkałem wreszcie nio-