Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/178

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Rzecz arcy-ciekawa, szepnął garbus, pierwszy człowiek szczery, którego spotykam, i to coś warto.
— Z moją teorją wbrew przeciwną malowanym fałszom ludzi, co toż samo czynią a kłamią inne zasady, życie nie mogło być pasmem róż i lilij, musiało być ciężką przeprawą. Naturalnie wszyscy się mnie obawiali, brzydzili, odpychali, bom odsłaniał to co jest wielką tajemnicą wszelkiego rodzaju kuglarzów, zdradzałem sekret rzemiosła. Nie byłem więc szczęśliwym, ale mam tę wyższość nad światem, że mnie nic nie łudzi, i ja nie łudzę nikogo.
— Czy się tylko pan sam nie łudzisz, przerwał Szwed, jest dużo złego na świecie, w sercu człowieka, ale to żywioł do przezwyciężenia, nie do przymierza, byłżeś ze swą teorją szczęśliwym?
— Mógłbym o to samo spytać was, co macie wcale inne teorje, odpowiedział pargaminowy, byliżeście, jesteście z niemi szczęśliwi?
— Jesteśmy spokojni, zawołał Szwed, a ty nim nie jesteś, rozgrzeb popielisko swej duszy, a znajdziesz trawiący ogień na spodzie.
Hrabia uśmiechnął się.
— Wasz spokój jestże bez zwątpień, bez obawy? wasza wiara jestże w zupełnej zgodzie ze światem i z jego ferworami? Ja sobie nic nie obiecuję, niczego się nie spodziewam, nauczyłem się gardzić prawie wszystkiem.
— Jest to odegrzana teorja pogan, epikurejczyków, stoików, przestarzała i odrzucona.
— Dawała przecie bohaterów, rzekł hrabia.
— Tak, dumnych zwycięzców boleści, obojętnych