Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/177

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


nam uczucie wewnętrzne nie wskaże, rzekł Spauer, ale bajka najkunsztowniej obmyślana ma na sobie cechę ludzkiego dzieła, najpospolitsza prawda wyższą jest nad nią niezmiernie.
— Słuchajcież państwo mojej bajki, przerwał niecierpliwie hrabia. Macie przed sobą człowieka, który w swych żyłach przyniósł na świat przychodząc do życia: potrzebę walki, nienawiść ludzi, wzgardę dla nich i niewiarę w ideały. Nie pamiętam ani potrafię wytłumaczyć, kto mnie uczynił takim jakim jestem, nie brakło pieszczot u kolebki, miłości w zaraniu, słodkiego mleka, macierzyńskiego przywiązania, a jednak pomnę, wszystko to niecierpliwiło mnie dzieckiem, największą miałem przyjemność wypłacić się szatańską złostką za czułość mi okazywaną, gryzłem pierś, która mnie karmiła, mściłem się za przywiązanie, nienawidziłem szczęśliwych, śmiałem się z dobrodusznych. Jeszczem nie dorósł a jużem zestarzał. Wszystko wydawało mi się śmiesznem, najpoważniejsze rzeczy dzieciństwami, życie głupią farsą, wcześnie dostrzegłem i postanowiłem myśleć o sobie, zrobić dla siebie co było można, i w żadne umowy ze społeczeństwem nie wchodzić, bo w każdym takim kontrakcie człowiek jest zawsze oszukanym. Przyznaję się, choć to trochę stara teorja, żem nad interes nie widział nic serjo. Przywiązania, są to chwilowe popędy, przeciw którym potrzeba się bronić, ofiary są po prostu śmiesznością, wstyd jakim starają się ludzie utrzymać jedni drugich na wodzy, łapką na tchórzów, nigdym go się nie lękał, bo wiedziałem, że ci przed którymi mogłem się wstydzić, mieli każdy czego się zarumienić, gdyby ich życie odkryto całe.