Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/174

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została uwierzytelniona.

    nie wątpię, że z mojej chęci oswobodzenia byłby skorzystał, gdyby go jakiś wstyd nie powstrzymał, w ostatniej chwili chciał udawać wspaniałomyślnego, rozstaliśmy się nareszcie, odzyskałam życie! Ale któż mi mógł wrócić lata stracone, młodość, wiarę w to wszystko co dla mnie wprzódy jaśniało, co dziś obrzydzenie budziło. Wyszłam z tych zapasów złamaną, zastygłą, zobojętniałą, taką jaką mnie widzicie panowie, istotą która jak upiór błądzi po świecie nie mogąc się nigdzie zatrzymać, nieumiejącą kochać, niechcącą się spodziewać, uśmiechająca się do śmierci, żyjąca w przeszłości krótkiej, w tej oazie zagrobowej, którą codzienne łzy odżywiają.
    Kończyła cichym szeptem, wszyscy stali z wyrazem politowania i współczucia, przejęci, zdziwieni. Tylko panna Joly, troskliwa o swą wychowankę, w ostatnim ustępie opowiadania starała się do uszów jej niedopuścić zbyt gorących wyznań hrabiny. Zdaje się, że właśnie ta troskliwość Szwajcarki sprawiła, że młoda Angielka najchciwiej pochwyciła ostatnie epizody.
    Nawet żartobliwy wice-hrabia garbaty stał długo milczący i zamyślony, nie mogąc się zdobyć na dowcip; blada twarz hrabiego Żywskiego zdawała się kamienniejszą niż przedtem, śladu uczucia na niej nie było, widać historja ta nie poruszyła go wcale, z brwiami namarszczonemi patrzał przed się i dumał.
    Szwed, który słuchał ze łzami w oczach tych zwierzeń biednej niewiasty, pierwszy usta otworzył. Wyrazy jego wywołała wewnętrzna potrzeba, mówił jakby sam do siebie z przejęciem głębokiem.
    — Otóż jedna z licznych ofiar tego świata, jedno z miljonowych świadectw o potrzebie głębszego zaszczepienia wiary w ludzi, którym od lat prawie dwóch