Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Nie kryli się prawie z nią, przez wpół otwarte drzwi słyszałam ich rozmowę.
— Patrz pani na mnie, mówił hrabia, przypatrz się co ze mnie to upragnione szczęście uczyniło, jestem trupem chodzącym, a ona uśmiecha się, żyje, patrzy, rachuje może jak rychło się mnie pozbędzie.
Niczem jej złamać nie potrafiłem, alem sam się rozbił o tę kamienną kobietę, dalej w tej niewoli nie wytrwam. Myślałem, że z czasem podbiję ją, zwyciężę, zmuszę choćby do pozornej dla mnie miłości, posłuszeństwa, poddania się; trud był próżny, ona dziś panią, jam zabity i bezsilny.
— Boś użył środków, rzekła ciotka, które żadnej kobiety nigdy nie pokonały, chciałeś ją zmódz siłą, potrzeba było łagodnością i słodyczą.
— Nienawidzę ją.
— Zdaje mi się, że ona ci się sowicie za to wypłaca.
— Cóż począć? ja umrę, ja tak dalej spętany iść nie mogę, jeszcze rok, oszaleję lub zdechnę, rzekła poczwara, musimy się rozdzielić.
— Cicho, zawołała ciotka, opłaci ci się czem zechcesz, bo jest jak ty znużona, umiej że się wytargować przynajmniej.
Na te ostatnie słowa wbiegłam do pokoju.
— Nie potrzebujesz, rzekłam dumnie, ani się targować, ani mi swobody pokazywać zdala, by mnie zmusić do ofiar. Jestem do nich gotowa, bierz co chcesz, a niech te więzy nieznośne prysną, każ napisać umowę, zostaw mi czarny chleba kawałek a oddaj ciszę, swobodę i uwolń od widoku tej twarzy, która jest dla mnie głową Meduzy... mrę gdy na nią spoglądam.
Oboje zamilkli, on się tylko nieco uśmiechnął,