Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ślepych, namiętnych młodych ludzi odgadnąć nie mogło, potrzeba było, abym nieszczęśliwa do nich, jako do zbawców wyciągnęła ręce. Stało się jak chcieli, jak przewidywali. Dano nam zupełną swobodę, zostawiono nas, biegaliśmy we dwoje na długie przechadzki, obojgu nam zawróciły się głowy, i szlachetny mój drogi, jak ja, zapomniał co nas od siebie dzieliło. Rozumowaliśmy, iż ciotka widząc to przywiązanie tak silne i stałe, wyrzekła się stawać mu na drodze. Tych kilka miesięcy szczęścia było całym wydziałem jego, jaki dla mnie zachowało życie, ale jakżem drogo opłacić je miała! Szpiegowano nas, a gdy on i ja śniliśmy o  przyszłości, która jedna teraźniejszość uniewinnić mogła, poczęły się ciche intrygi dla oddalenia go. Jak piorun spadła na nas nieuchronna dlań służba wojskowa, do której został przeznaczony.
Padłam na kolana przed ciotką, wyznając jej wszystko, że przed Bogiem przysięgłam być jego żoną i  jakikolwiek będzie los jego, podzielić go muszę, ale ciotka pocieszając mnie z uśmiechem, zrozumieć niby nie chciała. Z szybkością odurzającą następowały po sobie wypadki, on natychmiast oddalić się musiał, położenie moje stało się straszliwem.
Wpadłam w rozpacz, w chorobę, w obłęd jakiś, w czasie którego przerażając mnie utraconą sławą, wstydem, odrzuceniem od społeczeństwa, zmuszono nie wiem jak, do oddania ręki memu prześladowcy, który się ofiarował dać mi swe imię, i przyszłość pokryć zapomnieniem.
W chwili gdym przystępowała do ołtarza przyniesiono wieść o śmierci Stanisława, który zmarł z gorączki na obcej ziemi, sierota! Trupa bez duszy po-