Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/169

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


osłonić przykrych dla mnie wyznań, prawda mnie pociąga a wstyd hamuje.
Chwila głuchego milczenia nastąpiła po tym wykrzykniku bolesnym.
— Zdaje mi się, przerwał hrabia Żywski sucho z dzikim uśmiechem, że pani zbyt au pied de la lettre bierzesz obowiązek spowiedzi przed nami, nikt bolesnych wyznań wymagać nie może.
— Ale ich zbolała potrzebuje dusza, zawołała Adela, zbyt długo nosiłam je w sercu zamknięte, dusiły mnie. Wierzcie mi, spowiedź tak jak ją pierwsze wieki chrześcjaństwa pojmowały, jest czasem potrzebą dla cierpiącego człowieka, pragnie on poskarżyć się, choćby obwinić przed Bogiem i światem, aby wylać z siebie tę żółć i gorycz, które mu życie na piersi zwaliło.
Hrabina zamilkła, twarz Zygmunta stała się bledszą i żółtszą jeszcze niż zwykle, a oczy słuchaczów mimowolnie zwróciły się na te dwie postacie, które instynktowo każdy łączył w myśli.
Nikt się nie odzywał, po chwili milczenia przeciągłego, hrabina mówiła cicho:
— Ulubiony mój nie odjechał wszakże, potrafiłam go wstrzymać. Naówczas zamiast stawić przeszkody między nami, szatańską rachubą zapomniano na pozór o nas, pragnąc, abyśmy i my się zapomnieli. Nie mogąc inaczej mnie złamać, obrachowano, że skompromitowana w oczach świata, uwiedziona, nie mogąc się połączyć z kochankiem, będę musiała oddać rękę pierwszemu, kto mi dłoń wyciągnie, że upokorzona, zostanę jego niewolnicą, że milczenie jego i przeszłość okupię ofiarami, jakich po mnie wymagać będą! Plan był skreślony z przewrotnością, której dwoje zakochanych,