Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


młoda, namiętnie rozkochana w poczwarze, a poczwara umiała korzystać z miłości, której wcale nie podzielała. Cioci zdawało się, że potrafi się wydać za dawnego kochanka, wkrótce się jednak przekonała że utrzymać go inaczej nie potrafi, jak poświęcając mnie. Rozpoczęły się trudne, niegodziwe intrygi...
Na chwilę nie byłam złudzoną, widziałam jasno przyszłość, postanowiłam się bronić, ale miałam do czynienia z nieprzyjacielem silniejszym nademnie...
Mamże odsłonić nawet najboleśniejszą stronę tych dziejów? Tak jest, abyście mnie zrozumieli i ulitowali się nademną, należy wstyd zrzucić fałszywy i spowiadać się nawet z upokorzeń. Dorastałam, gdy dawny kochanek ciotki zjawił się na zamku, serce moje, budzące się w piersi, już nie było wolnem, biło ono dla młodego chłopaka, towarzysza zabaw dziecinnych, ale niestety, położeniem towarzyskiem oddzielonego odemnie.
Miłość rodząca się ku niemu, coraz gwałtowniejsza im oboje dojrzewaliśmy bardziej, dawała mi jasnowidzenie położenia, byłam panią mej woli, mogłam sobą rozporządzać, bylebym doczekała pełnoletności. Postanowiliśmy jej czekać cierpliwie. Mój ulubiony był synem starego rządcy dóbr matki, chłopcem ubogim, ale starannie wychowanym, natura obdarzyła go tak, jak ona czasem umie wydziedziczonych obsypywać. Powierzchowność, umysł, serce, talenta, miał wszystko, miał to, co nad wszystko ceniłam, wielką prawość charakteru, szlachetność duszy, posuniętą aż do heroizmu, kochał też mnie w milczeniu wcale nie spodziewając się szczęścia, bo mu stały na zawadzie: moje imię i miljony, rodzina i mienie. W najśmiel-