Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wszystkie lampki i świece, jakie na prędce znaleźć było można, gorzały w szczupłych pokoikach na dole, a służba z Neapolu kręciła się około wieczerzy dla podróżnych.
Cywilizowany człowiek, któremu ciężko dłużej wytrwać we cztery oczy z dziką naturą, przywykły do wygódek pieszczonych, do tego wszystkiego co wieki przysposobiły dlań, do czego od dzieciństwa się przyuczył, mimowolnie uśmiecha się zawsze na widok tych owoców wieków, które go uwalniają od osobistego zajmowania się sobą i ułatwiają mu życie. Wszyscy niemal z wesołością po niewielkich trudach znaleźli się dokoła stolika, na kanapach i krzesłach tej pustelni, która dziś w istocie jest gospodą i niesłusznie nosi to nazwanie dawne, przypominające tylko, że tu kiedyś stała chata samotna jakiegoś eremity. Jak w Capri, pustelnik tutejszy jest po prostu spekulantem, oberżystą.
— Teraz, rzekł vice-hrabia de la Meilleraie, jesteśmy jak w domu, i spodziewam się, że nam nic nie przeszkodzi dosłuchać historji hrabiny, przerwanej właśnie w miejscu najbardziej zajmującem... a potem biografji pana hrabiego...
— Moja wcale zajmującą nie będzie... rzekł siadając pargaminowy.
— Więc możebyśmy przystąpili do rzeczy... naglił Francuz, później znowu noc, znużenie, brak czasu, mogłoby nas pozbawić najmilszego opowiadania.
— Pan jesteś nielitościwy, szepnęła hrabina Adela.
— Dług jest rzeczą świętą.
— A gdybym się decydowała pójść do Clichy?