Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Uczynisz pan jak mu się podoba, odpowiedziała zimno, nie sądź, żebyś tą groźbą zastraszył mnie i złamał, życie przeszłe uzbroiło mnie na wszystko, śmierć czy męczarnie na ziemi, wszystko jedno dla mnie, i dla was panie. Widzieliście przed chwilą, żem wolała wpaść w przepaść, niż do was się zbliżyć, przeniosłam mój zgon nad zgodę niemożliwą, nad miłość ohydną, domyślicie się, że waszą śmierć przeniosę nad nie. Ale dlaczegóż nie mielibyśmy się rozłączyć i pójść każde drogą inną? nie spotykać się i nie dręczyć? Zamiast w głąb wulkanu, rzuć się pan w inną stronę świata, świat szeroki.
— Świat szeroki! podchwycił hrabia, ale tyś na nim jedna! dopóki ja cię czuć będę, ciągnąć mnie nie przestaniesz ku sobie i męczyć, jedno z nas drugiemu z drogi ustąpić musi. Dopókim żyw, muszę cię kochać i nienawidzieć, pragnąć i prześladować, potrzeba to raz skończyć.
Hrabina w dłonie białe pochwyciła głowę, ale szybko oczy podniosła i nie chcąc zapewne, aby przytomni poznali po niej tajemny dramat, jaki się odgrywał między nimi, poczęła się uśmiechać. Drżała wszakże i trzęsła się, a blade już jej lice coraz straszniejsza trupia okrywała martwość. Oboje zapomnieli, że Polak także Przeręba, rozumiał co mówili i był ich powiernikiem. Zrazu nie dobrze on zrozumiał o co chodziło, ale w końcu oprzytomniawszy i odszedłszy z pierwszego zadziwienia, rzucił się ku hrabiemu, który dzikie nań wytrzeszczył oczy.
Widok artysty przypomniał mu, że obcym ten język nie był dla wszystkich, że Przeręba go rozumiał.
— Panie hrabio, zawołał, przystępując gwałtownie