Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


malarz i ujmując go za rękę, mimowolnie uczyniliście mnie państwo powiernikiem swej nienawiści, wkłada to na mnie obowiązek, którego dopełnię: nie dopuszczę, żebyś pan wykonał samobójstwo.
Hrabia pobladł, ale uśmiech przebiegł mu po ustach.
— Odstąp, rzekł, i nie mięszaj się w rzecz nie swoją, bredzisz mój kochany bazgrało, nie możesz mi przeszkodzić uczynić co zechcę, bo mogę w każdej chwili rzucić się w otchłań równemi nogami. Idzie o to tylko, aby moje samobójstwo miało pozór przypadku, a gdy mnie rozdrażnisz, to i o tym wstydzie zapomnę. Cóż? chyba mnie zwiążecie?
I wyzywająco spojrzał na Przerębę.
— Daj mu pan pokój, ozwała się powoli, mnie zepchnąć chciał w przepaść może naprawdę, ale sobie nic nie zrobi, jest to scena komedji, mająca na celu obudzenie politowania i zakucie mnie w te więzy, nad które śmierć przenoszę. Bądź pan spokojny, ten człowiek nie umrze, nadto kocha siebie i życie, nic mu się nie stanie!
— Nie draźnij że go pani, przerwał Przeręba, nie doprowadzaj do ostateczności, możesz być powodem straszliwego nieszczęścia.
— Bądź pan spokojny, nadto go znam, odezwała się spokojnie hrabina, nie umrze, a gdyby umarł, o! doprawdy nie byłoby po kim płakać i czego się smucić, świat miałby jedną poczwarę mniej.
— Pani nie masz litości! krzyknął wystraszony malarz.
— Nie miano jej nademną, zawołała Adela, spojrz pan na mnie, widzisz tę twarz, na której boleść długa