Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dym, kamienie, które niegrzecznie padają i mogą przerwać najpatetyczniejszą rozmowę rozbiciem głowy, wszystko to... każe nam powracać. Na dolinie pusto będzie i zimno, dom pustelniczy otoczony kasztanami, z widokiem swym, z wygodą i sąsiedztwem wulkanu, będzie najwłaściwszy na bezsenny nasz nocleg.
— Na nieszczęście musimy mieć wzgląd na te panie, rzekł cicho Spauer, inaczej noc przy kraterze byłaby do życzenia.
— Ale gdzież tu przysiąść, spocząć? mruczał gospodarz.
— Rozmowa toczyła się po francuzku; jeden z przewodników czy ją zrozumiał, czy się nieco domyślił, i rzekł zbliżając się.
— Nieco odstąpiwszy w bok, miejsce na odpoczynek znalazłoby się... dym nie dokucza, mybyśmy to potrafili urządzić, a ludziby się posłało na dół po wieczerzę, rozumie się, Eccellence, że za niewygodnie spędzoną noc, nam, cośmy starego kapryśnika Vesuvio wcale nie ciekawi, bośmy się z nim obyli, potrzebaby osobno zapłacić...
— Ale rozumie się, zawołała hr. Adela, że nie inaczej zostajemy tylko tu; w domku pustelnika, który nie jest domkiem, i w którym od dawna żaden pustelnik nie postał, nie ma nic pociągającego; jesteśmy tam jak w najpospolitszej, drogiej, i niewygodnej gospodzie. Tyle trudu poniósłszy, zróbmy przynajmniej sobie przyjemność pozostania tu do dnia, zaczekamy na wschód słońca.
Pani Price, córka jej i Szwajcarka milczały, nie okazując wielkiej ochoty uwędzenia się w siarczanych