Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


dymach, ale reszta towarzystwa głosowała z hrabiną Adelą.
Sir Price poszeptał coś z Lady Florence.
— Zostajemy więc i rozgaszczamy się, rzekł kłaniając się, przynajmniej dopóty, dopóki wytrzymać, nie dusząc się potrafimy.
To mówiąc, rozporządził natychmiast ludźmi i zesłał ich na dół po zapasy potrzebne dla wygodnego pozostania na wierzchołku.
Hr. Zygmunt nic nie rzekł, chodził po nad brzegiem krateru i dumał, niekiedy wzrok jego zbiegał do kupki otaczającej hr. Adelę i powracał w głębie Wulkanu; Szwed, wpatrzony w krajobraz, zdawał się na wszystko obojętnym. Słońce zachodziło, a gdy ostatni jego skrawek zapadł na widnokrąg, blaski odbiły się jeszcze krwawo na obłokach, i w chwilę potem nagle gasnąć poczęły; mrok szybko rozlewał się dokoła, dalsze plany krajobrazu nikły, szarzały, ćmiły się, panorama zaczęła zmieniać się, a to co stanowiło jej największą piękność, rozległa przestrzeń morza i lądów, osłoniło się mrokiem. Na wierzchołku silne odbicia resztek światła dziwnie wyrazisto czepiały się po kamieniach i jaskrawo-żółte siarki ślady odznaczały. Ale już po głębszych zakątkach leżały brunatne cienie, coraz większe zajmujące rozmiary, a z tego widoku, przed chwilą tak wspaniałego, pozostała tylko szara kortyna, i rzeczywistość dość nie powabna. Im ciemności się więcej zwiększały, tem mniej oko miało na czem spocząć, wabił brzeg krateru ze swą czerwoną głębią i jaśniejszemi barwami dymu.
Księżyc w pełni począł się ukazywać nad horyzontem, ale był jak lampa niezapalona, nie świecił