Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w pustelniczym domu na obserwatorjum, ale oprócz niej kto ich tam zliczy, co pociągnęło różnych ludzi, kilka kobiet, jakiś Francuz garbaty, nie pamiętam wreszcie.
— Kilka kobiet mówicie! spytał żółty jegomość, jedna osobno? sama? — Włoch na to pytanie rzucił na cudzoziemca wejrzenie drwiące z poufałością właściwą swojemu narodowi i rozśmiał się szydersko wpatrując w jego cytrynowe oblicie.
— Cóż tobie do kobiet! rzekł klepiąc po ramieniu oburzonego tą poufałością wędrowca, spojrzyj się jeno w zwierciadło miły panie! Stary cofnął się kilka kroków z furją, którą prędko pohamować usiłował, a Włoch się powstrzymał z żartami i odparł:
— Ha! ha! rozumiem! pytacie pewnie o tę panią, która jedna z najpierwszych pojechała dziś na Wezuwjusz, nie wiem francuzka czy hiszpanka, piękna jeszcze kobieta, już ją tam pewnie niosą w górę, bo poprzedziła innych i najlepszych ma ludzi.
Pargaminowy człowiek dobił targu za dosyć wysoką cenę, a Maso sam podjął się go przeprowadzić; koniec końcem niegrzeczność i gburowatość więcej tu zrobiła skutków niż najgorętsze wyjednaćby mogły prośby. Wielki znawca ludzi, stary Maso, obrachował z łatwością iż kto jest gburem, ten dobrze płacić musi, a bardzo grzeczni najmniej miewają pieniędzy. Szorstkości swej winien był hr. Zygmunt Żywski, że mu wynaleziono i wcale dobrego konia i niezbyt twarde siodło; buona mancia umówiona z góry i buonissima oprócz tego, zapłacić miały za wszystko.
Hrabia siadł na koń jak człowiek przywykły niegdyś do szparkich rumaków, zażył włoskiego podjezd-