Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Na cmentarzu, na wulkanie.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


i mieć ich powinieneś? kiedy ci ja płacę! Nie masz nikogo? to idź sam, cóżeś ty lepszego od innych? Pierwszy lepszy koń i pierwszy z brzegu człowiek, a dam sobie rady z oboma, na konia mam biczysko, a na człowieka pięść i pieniądz, będą dobrzy.
— Ależ ostatni przewodnik powiódł tych dwóch młodych, i to dostał się im najgorszy niedołęga, za najtańsze pieniądze, mruczał Maso, jużcić niepodobna żebym ja Resinę opuścił i łamał nogi dla lichego zarobku, w taki skwar! w taki skwar! accidente!
Stary ziewał słuchając a raczej przeciągał usta znudzony i rękę włożywszy do kieszeni brząkał w niej luidorami, miły ich dźwięk dodał wreszcie energji przewodnikowi, który zamyślił się głęboko i rzekł stanowczo:
— No mówcież co dacie! co dacie! a będziecie mieli ten honor że was sam przeprowadzę do obserwatorjum, tam dopędziemy pewnie ostatnią kompanję, oddam was jej i powrócę do domu. Jeszcze jest pora doścignąć ich, bo się muszą zatrzymać dla spoczynku, a cóż mi dacie?
Zaczął się targ; Włoch był strasznie wymagający bo leniwy, stary się bronił, ale znać było że w końcu ulegnie.
— Ale, przerwał nagle, dużo ich tam przedemną pojechało na górę?
— O! o! już niewiem wielu, ciągną od południa jakby się zmówili, rachują widać na pogodny zachód słońca, będzie ich tam dosyć!
— Któż? Anglicy? spytał żółty wędrowiec.
— O! jedna familja angielska złożona z pani, pana, panny, panicza i guwernantki już od dwóch dni gości