Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
194

— Jakiego?
— A! o téj biédaczce.
— Niéma! a niéma! — odpowiedział xiądz — głowę łamiemy, a tu stary kona i niéma go nawet popilnować komu z miłosierdzia. Bardzo, bardzo brak nam tego aniołka.
— A! a komużby go brak nie było! — zawołała stara — ja cudza, a płaczę, a chodzę jak oszalała.
Xiądz Lassota z litością się uśmiéchnął, pomyślawszy. — Dawnoś ty już taka, moje serce!
— Powiedzcie mi jeszcze, księżuniu, — rzekła ciszéj, wstrzymując go za habit, — gdzie stoją ślachta Płazowie?
— Gdzie? a to ci na co?
— Niech, tak sobie, ale gdzie?
— Stoją na dole za stajniami, gdzie dawniéj była stolarnia i skład przed oblężeniem.
— A wiele tam izb?
— Do czegoż ci to wiedziéć.
— Zachcieliście, zwyczajnie świta we łbie! ale nie bójcie się, mówcie, wszystko to na dobre wyjść może.
— Cóż mają Płazowie do naszéj Handzi?
— Ot, nie pytajcie, a mówcie lepiéj, ile tam izb i jakie?
Xiądz Lassota ruszył ramionami.