Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
193

— Do Płazów? — nie mam ja tam czasu patrzéć.
— A Krzysztoporskiego u nich nie widzieliście kiedy?
— Był zdaje się parę razy.
— Z samym czy z samą?
— Raz z nim, drugi raz, przypominam sobie, cóś z Płaziną szeptali...
— A kiedyż to było, przed zniknieniem?
— O! tego już nie pamiętam!
— Oj! żebyżeście choć teraz popatrzyć chcieli, a powiedzieli mi, czy z sobą konszachtów jakich nie mają.
— Chętnie, moja poczciwa starucho! ale my podobno nic nie zrobiemy.
I sięgnął do worka skwapliwie.
— Dajcie mi pokój paniczyku ze swoja jałmużną, najlepsza jałmużna to dobre słowo... Spójrzcie czasem i pomyślcie o biédaczce Handzi, to mi stanie za złoto. A jeśli co odkryjecie, jak wam się myśl jaka przez głowę przewinie, nie róbcie hałasu, ino mi ją powiedzcie.
To powiedziawszy, odeszła zostawując go zdumionym tą troskliwością: po chwili odszedł do matki, ona do xiędza Lassoty się zbliżyła,
— Mój xiężuniu, a co? — odezwała się, — niéma śladu?