Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/191

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
191

— E! nie o jałmużnę tu chodzi, Bóg zapłać!
Chłopiec się zastanowił i wzrok w nią wlepił badawczy.
Był to dorodny młodzian, jak to dawniejsza młódź cała, raźna, kwitnąca, krew z mlékiem; co to jéj ani myśl brudna, ani żadne zwierzęce nie skalało pragnienie: nie zwiędniał przed czasem, aż miło było na niego spojrzéć, aż wesoło z nim pomówić, bo jak twarz uczucia były świéże i myśli czyste i serce poczciwe. Syn posłuszny i pokorny dla rodziców, choćby mógł zapragnąć większéj swobody, nie wyrywał się do niéj, a rygor w jakim zostawał u ojca, przyjmował wdzięcznie, bo wiedział że ta opieka rodzicielska choć czasem ciężka, zawsze w skutkach zbawienna; matki czułe serce płaciło mu zresztą z naddatkiem, maleńkie przykrostki życia. Prawda, że Miecznik uważał go zawsze za młokosa, ale sposobił na męża, chciał posłuszeństwa, bo nauka jego była na całe życie potrzebną; a za młodu nieugięta dusza, podwójnie cierpi, gdy w gorzkich życia kolejach, ulegać będzie musiała.
Stara popatrzyła zbliska, uważnie na chłopaka, a potém wskazując mu okno mieszkania Lassotów: