Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/189

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
189

Znów podumała Płazina i powiedziała:
— To potém, potém, — a zbywszy ją odprawiła ode drzwi. Konstancja długo bardzo snuła się około tego mieszkania, jakby je opatrywała, nareszcie odeszła ku Krzysztoporskiemu i stanęła tu na czatach.
Ślachcic od ostatnich odwiedzin przeora, siedział jak przybity na ławie, ni ręką ni głową nie biorąc się do boju, kule przyjmował jakby ich nie słyszał, poruszał się machinalnie i bezprzytomnie; xiądz Mielecki jak mógł go zastępował.
— Co to waszeci, — pytał go — czyś nie chory?
Ale Krzysztoporski nie odpowiadał nic, a w nocy jak utrapieniec po murach się wałęsał, do dowództwa, do obrony jednak, wcale nie odzyskując ochoty.
Naprzeciw szwedów stanie, piersi nastawi, oko gdzieś puści i stoi nieruchomy; gwizdnie kula jedna, druga, aż go xiądz Mielecki szarpnie.
— Co to waszeci jest? czyś szalony?
— Hę? — pyta Krzysztoporski, osłupiałą wlepiając źrenicę w niego, i nic mu nie odpowie.
Z liczby osób, które najbardziéj zdawało się zajmować zniknienie dzieweczki, był Stefanek