Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Kordecki tom II.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.
186

strzelasz, otóż masz gościńca, lada trutniowi ich nie dam skosztować; a pilnuj dobrze roboty około folwarku Matki Boskiéj, żeby się gospodyni nie pogniéwała.
— Na, i tobie Piotrze, wiész że taka kula co od szweda, to najlepsza, tylko jak nią będziesz miał strzelać, przeżegnaj się...
— I tak daléj idąc, po jednéj, po dwie, każdemu z ludzi dawszy, schodziła potém wschodkami ku kaplicy się zwracając; tu krzyżem legła, pomodliła się i szła naprzeciw izby Lassotów usiąść a patrzeć na obróty pana Krzysztoporskiego. Od ostatniego jednak wieczora, gdyśmy ją widzieli podsłuchującą rozmowy pani Płazinéj, czegoś się uwiązała do niéj i zaraz potém starała się ją wśród podwórza zaczepić, dawną wesołością swoją, pociągnąć usiłując gadatliwą babę.
— Dobry wieczór pięknéj pani, — rzekła kłaniając się nizko, — wszystkiego dobra życzę jaśnie wielmożnéj pani.
Nazwanie piękną i jasną, wstrzymało panią Płazinę, trafiając w jéj słabość, nadęła się jejmość i stanęła poważnie.
— Bóg zapłać moja kochana, chodź za mną, to ci kawał chleba dać każę.