Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/61

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bogacz z żebraka, poznałem ludzi, umiałem ich cenić, jak narzędzia potrzebne mi do roskoszy, i gardziłem niemi potém, jak łupiną zjedzionego owocu.
Raz leżałem niedbale, wokoło mnie stali słudzy na skinienia gotowi, chciałem roskoszy — chciałem kobiety, rzuciłem garść złota, i w mgnieniu oka, zjawił się posłaniec roskoszy, młode dziéwczę — patrzę, to ta sama! — I ona spójrzała. Skrzywiłem się umyślnie, jak szatan; myślałem, że ją tém odstręczę; myślałem, że ona takiéj jak ja poczwarze nie przeda wdzięków swoich; ale nie! złoto zagładziło obcięte wargi! wyjaśniło twarz szpetną jak dno piekieł — dziewczyna była w moich objęciach. Poznałem,