Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/49

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


zazdrości na cudze szczęście, z roskoszą wystawiałem sobie cierpienia tych istot szczęśliwych, które ozłocone i umyte, miały się za stokroć wyższe ode mnie zabłoconego nędznika.
A jam był wyższy od nich — ja, do połowy wbity w ziemię, spodlony, jak robak podnosząc głowę, kiedy go depce przechodzień, urągałem wszystkiemu, byłem chodzącym kamieniem; byłem wyższy od nich, bom niemi gardził. Cieszyłem się, widząc cierpiących; śmiałem się z tych, którzy mnie popychali: bom był nieczuły; ciało moje i dusza zahartowały się w ogniu nieszczęść. Powiew wiatru czy obelga, uderzenie czy promień słońca padający mi na twarz szpetną, równe mi były.