Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/48

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


piałem to życie, podobne życiu robaka, na którego nikt nie patrzy, chyba zgniotłszy go. Ubrany w połataną siermięgę, brudny, z miotłą w ręku, z rospaczą w sercu, stałem, patrząc nieraz, jak kareta pozłocista przelatywała mimo nosa mego, i oko moje wyrywało się z głowy, za piękną twarzą, za ujmującym uśmiechem dziewczyny, którą gdzieś tam ciągnęły zabawy, roskosze, całe niebo świata tego, u którego wrota złoty klucz tylko otwiera.
Mnie odpychali wszyscy. Brudny, garbaty, śmierdzący, obrzydliwy, zbryzgany biotem, mieszkaniec świata niepołączony z nikim żadnym węzłem uprzyjemniającym to życie, nawykłem powoli do patrzania bez