Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mie, Neapolu lub Wenecyi, lękałbym się sztyletu; tu obdartym tylko zostać się bałem; nie przyszło mi na myśl, że starzec nieszczęśliwy, któremum wydarł skarb drogi, będzie mię szukał z zemstą w drugim końcu Europy.
Stanąłem wreście na odludnéj uliczce, oparłem się o mur pod rewerberem i czekałem; mała jakaś postać zbliżała się; o dwa kroki poznałem, że to był żebrak; chciałem się śmiać z siebie i iść daléj, ale chwycił mię za rękę; sztylet błysnął; nie miałem czasu się bronić, i zabił mnie.
— Jak to zabił? chyba ranił? —
— Ale nie! zabił, zabił, mówię, w samo serce ugodził! —
— Hm! i Waćpan żyjesz? — cha! cha! cha! —