Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


kiem i roskoszą, odlecieliśmy daleko od Włoch; przyjechaliśmy do mojéj rodzinnéj ziemi, do Niemiec. Podróż nasza długo trwała, nim się skończyła. Oboje wypłakaliśmy oczy. Ja wielbiłem jéj głos, ale ona śpiewać niechciała; ona mnie kochała, ale się na oziębłość skarżyła.
Przybyliśmy do Berlina. Jedną późną nocą wracałem z koncertu do gospody; noc była ciemna; słyszę, że któś idzie za mną; nic dziwnego! tyle ludzi chodzi! Ja się zawracam, ten któś się zawraca, pilnuje mnie oczywiście; którą stroną ulicy idę, on za mną krok w krok; stanę, stoi; zwalniam kroku, on powoli; przyśpieszę, leci! To mnie zdziwiło. Gdyby to jeszcze we Włoszech, gdyby w Rzy-