Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Improwizacje dla Moich Przyjaciół.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


mruczał pod nosem: — Musiała być ładna! i jeszcze taki nieszpetna! —
Był to ostatni może tryumf biédnéj Marysi. Pozwolono jéj się ogrzać, nie że była biédna, ale że była ładna. Ona siedziała przy piecu. Czerwony jegomość zamknął drzwi na klucz. Milczała i oddychała ciężko. Ciepło przejmowało jéj ciało od dwóch dni skościałe; język jéj odmarzł; prosiła jeść. Czerwony jegomość dał jéj wódki i chleba z solą, ciągle mrucząc pod nosem: — Musiała być ładna. —
W kilka tygodni Marysia gospodarowała u tego jegomości, a on chodził z piórem za uchem, pisał pozwy, ruszał ramionami i dziwował się, że ona była ładna, a taka biédna! Było się czemu dziwować! Mary-