Strona:Józef Ignacy Kraszewski - Dziecię Starego Miasta.djvu/51

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.
49
DZIECIĘ STAREGO MIASTA

— Przepraszam profesora, nam się zdaje, że to nie głowami, ale sercami prowadzić potrzeba.
Czapiński, któremu Franek może po raz pierwszy w życiu odważył się uczynić jakąś uwagę, stanął i popatrzył mu w oczy, zupełnie tak, jak gdyby gęś zaśpiewała głosem słowika.
— Ha! — zawołał — Po młodemu! Już, już do burmistrzowania!... Otóż to jest, co ja zawsze mówię... Młodzież do czynu, mosanie, ale nie do rady. Ani chybi, że narobicie głupstw serdecznych.
— A cóż dotąd zrobiły rozumy, panie profesorze, przez ubiegłych lat trzydzieści? — zapytał Franek.
Czapiński jeszcze bardziej się zdumiał na to pytanie; młody chłopak nigdy z nim nie był tak śmiały, nie wiedział też dobrze, co odpowiedzieć, bo znowu rozumów tych nie lubił i zawsze przeciwko nim sarkał, nie mógł więc nagle wystąpić w ich obronie.
— I rozumy głupie — rzekł wostatku — i serca nierozumne... Tu czegoś jeszcze innego potrzeba nad urzędowy rozum i serce gołębie, trzeba instynktu i prawości nieskażonej, trzeba zupełnego zaparcia się siebie.
— Przyznajże pan, że z natury swej młodzież ma najwięcej tych przymiotów.
— No, już młodzież! Wszystko tylko sama młodzież... Ha! Młodości! Ty nad poziomy... Reminiscencja Mickiewicza... Dosyć, że my z tego komentowania wieszcza nie wyjdziemy nigdy. Był czas na walenrodyzmy, teraz na porywy młodości... ale tu jeszcze czego innego potrzeba.
Dobrze jednak nie wiedząc, czego było potrzeba, profesor chciał się sianem wykręcić i umknąć, gdy Franek cum debita reverentia go powstrzymał.
— Sprawa główna — rzekł, uśmiechem łagodząc swe